wtorek, 20 kwietnia 2010
W egipskich ciemnościach, czyli wywaliło prąd

Dr Marek Chłodnicki prezentuje fragmenty krzemiennego sierpa, wykopanego podczas sondażu na komie centralnym. Fot. Piotr Kołodziejczyk„O 8 rano było 38 stopni - teraz boję się patrzeć na termometr” sms-a tej treści dostałam dziś o godz. 9.51 od Piotra Kołodziejczyka. Kiedy po południu dzwoniłam do Gazali, zastanawiałam się, czy będzie miał siły ze mną rozmawiać. Miał. W ciągu dnia temperatura już nie wzrosła, a słońce czasami chowało się nawet za chmury. Praca jednak i tak była trudna.

Archeolodzy kopali dziś na komie wschodnim, przy mastabie, i centralnym, tym, który nie miał być w tym roku ruszany. Ale naukowcy - jak to naukowcy - są go bardzo ciekawi i w zeszłym tygodniu wkroczyli na niego ze swoimi sprzętami.

- Robimy tylko niewielki sondaż - zastrzegał w jednej z rozmów dr Marek Chłodnicki. - Na razie przebijamy się przez taką grubą warstwę mułu zalewowego. Już nawet robotnicy żartują, że pod nią musi coś być, bo pracuje się za ciężko. Ale na razie jest lity muł i zaledwie kilka fragmentów skorup i krzemiennych narzędzi. Zobaczymy co przyniesie przyszły tydzień. Póki co skopaliśmy 20 cm. Myśleliśmy, że to pójdzie szybciej, bo początkowo wydawało nam się, że będzie tam głównie piasek. Ale on był tylko na wierzchu. Chyba zawęzimy trochę ten nasz wykop, żeby zbadać grubość tej warstwy, bo może mieć i ze dwa metry.

Na razie wykop sondażowy ma dziesięć metrów długości i dwa szerokości. Sprawdzana jest część wschodnia komu centralnego, o której naukowcy na razie nic nie wiedzą. Do tej pory pracowali głównie w części zachodniej.

Dr Chłodnicki dodał, że w miejscu, które sondują miała istnieć w starożytności zatoka, rodzaj brzegu. Możliwe, że jest tam mur oddzielający osadę od wody w kanale. Można tak podejrzewać na podstawie przeprowadzonych wcześniej badań geofizycznych. Jak było naprawdę? Na badania są jeszcze dwa tygodnie z niewielkim okładem...

Dziś na komie centralnym prowadzone były odwierty świdrem geologicznym. - Dotarliśmy do wody. Była dosyć płytko, na głębokości półtora metra - opowiadał mi Piotr. Poza tym na C podobno nadal nic ciekawego, ale... Piotr obiecał mi opowieść Pani Kamyczek. Tak ładnie mówi o Urszuli Stępień, która wkrótce powie nam parę słów o krzemiennych narzędziach, np. sierpach. Fragmenty wkładek sierpowych, czyli dawnych ostrzy mocowanych w drewnianej oprawie, archeolodzy znaleźli właśnie w sondażowym wykopie na komie C.

Wykop sondażowy na komie centralnym. Z lewej: dr Marek Chłodnicki. Fot. Piotr Kołodziejczyk

Wykop sondażowy na komie centralnym. Z lewej: dr Marek Chłodnicki.

To tyle dziś o pracy. Teraz dwa słowa o archeokuchni. Dziś dyżurowały panie Halina Chłodnicka i Joanna Dębowska-Ludwin. Na obiad przygotowały racuchy z bananami w polewie czekoladowej i truskawkowej oraz zupę szczawiową. Mniejsza o zupę, ale te racuchy... - Rewelacja - docenił ich wysiłek Piotr.

Miałam do tej notki obiecane zdjęcia. Z komu centralnego, oczywiście. Ale nie doszły i w najbliższym czasie nie dojdą. Właśnie dostałam sms-a: „Wywaliło prąd w całej wsi. Musisz poczekać”. No to czekam. Czekamy.

Dziś - 21 kwietnia - przed godz. 8 Piotr przysłał mi zdjęcia. Nie tylko te dwa wyżej. Pozostałe zachowam do następnych notek.

Zdjęcia: Piotr Kołodziejczyk

poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Pokazała się uliczka - wiedzie do mastaby

Na komie wschodnim, tym z cmentarzyskiem i osadą, nadal trwają prace wokół mastaby. - Staramy się odsłonić ją od południa i wschodu. To spora przestrzeń, prawie pięć arów. Nadkład, który trzeba było usunąć miejscami ma do dwóch metrów, a generalnie co najmniej metr, żeby dojść do murów grobowca. To zabiera dużo czasu - opowiadał mi w zeszłym tygodniu prof. Krzysztof Ciałowicz. Trochę był zawiedziony, że nic ciekawego przy tym nie wychodzi.

Widok na kom wschodni (E). Fot. Robert Słaboński

Widok na kom wschodni. Mastaba jest po prawej stronie w głębi

Okazuje się jednak, że cierpliwość została wynagrodzona, może nie aż tak, jak by tego chcieli naukowcy, ale...

Podczas odsłaniania mastaby od strony wschodniej spod ziemi wyłoniła się uliczka. - Wyrazista, prosta, szerokości około 1,5 metra. Mogło się na niej wyminąć nawet dwóch ludzi na osłach - mówił mi dr Marek Chłodnicki. - Prowadzi wprost do mastaby.

Kom Wschodni. Fot. Robert Słaboński

 

Od strony wschodniej jest jeszcze trochę innych murków, których przeznaczenia można się tylko domyślać. Nie będziemy więc zgadywać. Tylko przeniesiemy się na stronę południową.

- Tam wyszły nam cztery groby - relacjonował mi wczoraj Piotr Kołodziejczyk. Jeden, wczesnodynastyczny właśnie badamy. To grób młodej kobiety. Nie jest bogato wyposażony. Znaleźliśmy w nim po osiem naczyń kamiennych i ceramicznych.

Elżbieta Wątroba wydobywa naczynia z grobu po południowej stronie mastaby. Przyglądają się temu robotnicy Mohamed i Sahar. Fot. Robert Słaboński

Elżbieta Wątroba wydobywa naczynia z grobu. Przyglądają się temu robotnicy Mohamed i Sahar

Grób jest niewielki, więc archeolodzy cieszą się, że nie wstrzymuje zbytnio prac przy odsłanianiu mastaby. W pobliżu są jednak jeszcze trzy inne. Jeden z pewnością poczeka do przyszłego roku. Drugi lada dzień będzie badany, trzeci - musi jeszcze trochę poczekać.

Ekipa w Tell el-Farcha jest już trochę znużona zdejmowaniem nadkładu przy dwóch ścianach mastaby. Prace musi jednak wykonać, by w przyszłym roku grobowiec był całkowicie wyeksponowany. Dopiero wtedy będzie można go porządnie zbadać. - Ciekawi na zwłaszcza wschodnia fasada tej mastaby - mówi dr Chłodnicki. - Powinna być zdobiona.

A poza tym pogoda w Gazali znów się zmieniła. Po kilku dniach przyjemnej łagodnej aury znów są upały. Ciężko się w takich warunkach pracuje.

Hm, to tu jest ta uliczka. Na zdjęciu dr Joanna Dębowska-Ludwin i Piotr Kołodziejczyk. Fot. Robert Słaboński

Hm, to tu jest ta uliczka. Na zdjęciu dr Joanna Dębowska-Ludwin i Piotr Kołodziejczyk

Zdjęcia: Robert Słaboński

22:12, joannagrabowska_net
Link
niedziela, 18 kwietnia 2010
Zagadka komu W i zatrzymani spece od kamieni

Chmura z pyłami wulkanicznymi, która zablokowała porty lotnicze w Europie, uziemiła w Polsce dwóch ostatnich członków ekspedycji do Tell el-Farcha. Małgorzata Mrozek-Wysocka, geolog, i Majciej Jórdeczka, archeolog, mieli w Gazali opracowywać kamienie. „Nie wiadomo, kiedy się pojawią” napisał mi w mailu dr Marek Chłodnicki.

Jest czym się martwić, bo doniesienia meteo i służb żeglugi powietrznej nie są optymistyczne. Chmura pyłowa przesuwa się na południe Europy. Poza tym podobno wulkan na Islandii rośnie cały czas w siłę... Niektórzy przewidują więc, że blokada lotnisk może potrwać...

Tymczasem w Tell el-Farcha zaczęło się dziać. Może jeszcze nie tyle, ile życzyliby sobie uczestnicy ekspedycji, ale wreszcie prof. Krzysztof Ciałowicz nie będzie musiał się martwić.

Kiedy ostatnio rozmawialiśmy (krótko przed katastrofą prezydenckiego samolotu w Smoleńsku, po której na blogu aż do dziś zapanowała cisza) mówił z żalem: - Zabytków specjalnych nie mamy, poza ceramiką i pojedynczymi paletami. Trochę się rozbestwiliśmy w poprzednich latach i jest smętnie generalnie, ale... takie jest życie. Nie zawsze ma się wszystko od razu, a jak już coś się pojawia, to chce się tego więcej. A tu trzeba apetyty poskromić. Praca jest teraz żmudna, wychodzi nam masa ceramicznych fragmentów, ale nic ekscytującego. Pod tym względem mamy taką kiepską średnią. Generalnie spodziewaliśmy się, że ten sezon będzie tak wyglądać, przynajmniej na komie wschodnim. Obawiam się jednak, że w przyszłym roku może być podobnie. Mamy tylko nadzieję, że w końcu pod tą warstwą przejściową na komie wschodnim, będą wreszcie warstwy najstarsze - dolnoegipskie.

W tej samej rozmowie prof. Ciałowicz zapowiedział, że kończone będą w tym sezonie prace na komie zachodnim. I właśnie wtedy, zaczęło się tam dziać.

11 kwietnia Piotr Kołodziejczyk opowiadał mi: - Oczywiście w ostatnim dniu prac na komie zachodnim sypnęło naczyniami i kośćmi. Część przebadaliśmy, część zabezpieczyliśmy foliami i ziemią. Poczekają na nas do przyszłego roku.

Kilkakrotnie już przypominałam, że na komie zachodnim archeolodzy znaleźli w 2006 roku jeden ze skarbów Tell el-Farcha - depozyt wotywny z kościanymi figurkami. I już wtedy mówili, że mogło to być jakieś miejsce administracyjno-kultowe. Dlaczego kolejna porcja naczyń i kości tak ich zelektryzowała i natchnęła nadzieją?

Prof. Ciałowicz: - Znaleziska pod miejscem kultowym potwierdzają nasze podejrzenia, że od początku działo się tam coś, co wykraczało poza przeciętną codzienność. Albo więc z jakiegoś powodu starożytni mieszkańcy osady już w najwcześniejszych okresach jej istnienia darzyli to miejsce wielką estymą, albo po prostu mieszkał tam ktoś znaczniejszy niż pozostali. W tym pierwszym przypadku nie chcę powiedzieć, że od początku było tam miejsce kultu. Na to dowodów nie mamy. Ale faktem jest, że mamy tam inną ceramikę i inny skład kości zwierzęcych - więcej jest bydlęcych. Z pewnością więc to miejsce miało szczególny charakter. Tylko, jaki?

Prace na komie zachodnim zakończyły się tydzień temu, choć do 6 maja, czyli zakończenia tegorocznej misji w Tell el-Farcha jest jeszcze sporo czasu. Dlaczego?

Przyczyna jest prozaiczna. Kasa. A właściwie jej brak. Poza tym archeologom brakuje ludzi. W Gazali zaczęły się żniwa. Wcześniej niż zwykle. Część gazalskich pracowników wyruszyła do pracy w polu. - Przysyłają nam w zastępstwie jakichś wyrostków, niedoświadczonych, a czasami nawet i tego nie robią. Żniwa zawsze były dla nich najważniejsze, dlatego przyjeżdżaliśmy co roku na wykopaliska przed tym okresem - mówi prof. Ciałowicz.

Poza tym w tym roku w Egipcie znowu wszystko podrożało, a budżet misji generalnie jest taki sam jak w latach poprzednich. W tym roku dniówka wynosi dla jednego robotnika to 15 funtów egipskich dla mężczyzny i 13 dla kobiety. W zeszłym roku było to odpowiednio 13 i 11 funtów. Podrożała też żywność i koszt utrzymania całej misji w Gazali. Nie jest łatwo - archeolodzy muszą oszczędzać.

Na dziś to wszystko. Jutro napiszę o komie wschodnim, pojutrze - o centralnym. Potem o zakończonej Złotej Misji... Trzeba nadrobić ponadtygodniowe zaległości.

A na koniec - zdjęcia. Niestety nie z komu zachodniego, ale z pewnego wydarzenia. Kiedy ponad tydzień temu jednemu z gazalskich pracowników urodziło się dziecko, uczcił to fundując wszystkim lody. W polskich realiach byłoby to dziwactwem, ale przyznam się, że bardziej podoba mi się ten egipski pomysł...

Lodowy toast na wykopie. Fot. Piotr Kołodziejczyk

Lodowy toast na wykopie. Fot. Piotr Kołodziejczyk

Lodowy toast na wykopie. Fot. Piotr Kołodziejczyk

Lodowy toast na wykopie. Fot. Piotr Kołodziejczyk

Lodowy toast na wykopie. Fot. Piotr Kołodziejczyk

Chwile z lodowym poczęstunkiem zarejestrował na zdjęciach Piotr Kołodziejczyk.

17:52, joannagrabowska_net , Na komie zachodnim
Link
niedziela, 11 kwietnia 2010
Żałoba także w Gazali

Biało-czerwona flaga, jak co roku powiewająca nad bazą, została przewiązana kirem.

Fot. Robert Słaboński

Wiadomość o katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku, śmierci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Pani Prezydentowej Marii Kaczyńskiej i 94 innych osób, zastała archeologów na wykopie. Dzwoniły i SMS-owały rodziny i przyjaciele naukowców.

- To było nie do uwierzenia. Z perspektywy odległości pewnie bardziej, niż gdybyśmy usłyszeli o tym w Polsce - mówił mi Piotr Kołodziejczyk. - Zwłaszcza, że nikt poza nami tą tragedią tu nie żyje. Wszyscy jesteśmy bardzo przejęci.

W bazie nie było telewizora. Nie był dotąd potrzebny. Żeby dowiedzieć się, co dzieje się w kraju, jak doszło do katastrofy, Piotr pożyczył odbiornik od Shadii, a przekaźnik satelitarny od jednego z pracowników. - Internet działa tu bardzo kiepsko, a my chcemy wiedzieć jak najwięcej. Po pracy na wykopie praktycznie cały czas tkwiliśmy przy tym telewizorze. Właściwie tylko tym teraz żyjemy, o tym tylko rozmawiamy - opowiadał Piotr. - Udało nam się złapać BBC i Al-Jazirę. Informacji było nawet sporo, ale dla nas za mało.

Fot. Robert Słaboński

Od dziś w Gazali łapią też Polsat. Wieści z Polski nasłuchują praktycznie cały dzień, bo prace na komie wschodnim trzeba było przerwać. Uniemożliwił je silny chamsin. Tak silny, że piaskowy pył wdzierał się nawet pod gogle.

Fot. Robert Słaboński

Zdjęcia: Robert Słaboński

21:18, joannagrabowska_net
Link
środa, 07 kwietnia 2010
Złota Misja w Kairze

Podczas tegorocznej ekspedycji do Egiptu realizowany był jeszcze jeden projekt - w Muzeum Egipskim w Kairze. Miała bardzo ładny kryptonim - to tytułowa „Złota Misja”. Dotyczyła dalszych prac nad rekonstrukcją złotych figurek władcy i jego syna odkrytych w Tell el-Farcha w 2006 roku. Obie - obok kościanych figurek wotywnych odkrytych w tym samym roku - umieszczone są w stałych zbiorach kairskiego muzeum. To ogromne wyróżnienie.

Konserwator Włodzimierz Weker przy pracy. Fot. Robert SłabońskiPrzed wyjazdem do Kairu Władysław Weker (na zdjęciu obok), konserwator z Muzeum Archeologicznego w Warszawie, opowiedział mi jak pracował nad tymi zabytkami.

Opowieść jest długa, ale superciekawa. Dziś - pierwsza jej część - o tym, co było. Wkrótce - następna o najnowszych pracach. Dzisiejszą notkę uzupełniają archiwalne zdjęcia Roberta Słabońskiego. Fotografował prace konserwatorskie w poprzednich latach. W tym roku również. 

A teraz opowieść konserwatora.

- Po raz pierwszy zobaczyłem te figurki cztery lata temu, kiedy przygotowywana była wystawa w Kairze z okazji 70-lecia polskich misji archeologicznych do Egiptu - mówi Władysław Weker. - Właściwe była to blisko setka pogiętych, cieniutkich złotych blaszek. Miały grubość od 0,1 do 0,3 milimetra. Aż trudno uwierzyć, że ponad 5100 lat temu, ówcześni rzemieślnicy, potrafili wykonać coś tak precyzyjnego. Te blaszki na figurki robili ze złotych samorodków. Samorodki rozkuwali na płaskiej powierzchni czymś, co można nazwać kamiennym młotkiem. Trzeba to było robić na warstwie skóry i przez skórę, poprzez jakieś drewniane podkładki, żeby zrobiły się cienkie i gładkie. Odpowiednio przycięte zostały przybite miniaturowymi złotymi gwoździkami do drewnianych rdzeni figur. Te rdzenie oczywiście rozpadły się, blaszki uległy deformacji, wszystkie zapadły się i pogniotły. Z ziemi można je było wydostać tylko w postaci fragmentów.

Staroegipscy rzemieślnicy bardzo dbali o szczegóły. Fot. Robert SłabońskiO kunszcie rzemieślników świadczą detale: złote gwoździki były bardzo ładne. Miały kształt maleńkich klinów bez łebków o długości 4-5 mm. Na stopach figurek były wyraźnie zaznaczone paznokcie. Miały też bardzo ładnie zrobione oczy - z lapis lazuli. W tamtych czasach lapis lazuli sprowadzano wyłącznie z Afganistanu. Najmniejsze blaszki mierzy się w milimetrach kwadratowych, największe - fragmenty na nogach i korpusie dużej figurki - mają około 10 na 6-7 cm. Korpus dużej figurki obłożony był dwiema blaszkami - jedną z przodu i drugą z tyłu. Minimalnie na bokach zachodziły na siebie i w tych miejscach były mocowane do drewna tymi klinowymi gwoździkami.

Podczas rekonstrukcji figurek najwięcej problemów było z odtworzeniem kształtu blaszek a jednocześnie z dopilnowaniem, żeby się nie pokruszyły. To tak jakby ktoś chciał nadać pierwotny wygląd i kształt zgniecionej niemal w kulkę folii aluminiowej. Już samo rozwinięcie jej bez uszkodzeń jest trudne, a tu trzeba było odtworzyć wypukłości. A przede wszystkim trzeba było zgadnąć, jaka to część ciała figurki. Pierwszy krok zrobili archeolodzy - jeszcze na stanowisku. Wstępnie uzyskali kształty. Wiadomo było, że to dwa ludziki. Do mnie należało dopracowanie szczegółów i weryfikacja tego, co wstępnie zrobili archeolodzy. Okazało się wtedy, że nie wszystkie blaszki były na swoim miejscu.

Praca nad tymi zabytkami była bardzo drobiazgowa. Chodziło o to, żeby jak najwięcej fragmentów tych ludzików dopasować do całości i wykleić tę złotą folię na jakimś korpusie. Żeby odzyskać kształt blaszek robiłem najpierw przybliżony rdzeń, na który te blaszki przykładałem. Na nim prostowałem delikatnie zagięcia. Potem robiłem kolejny rdzeń, bardziej dopasowany. Znowu prostowałem blaszki i znowu robiłem nowy rdzeń. Powtarzałem to do chwili otrzymania w miarę wiernego kształtu figury.

Dodatkowa trudność polegała na tym, że figurki władców nie mają żadnej analogii. Są wyjątkowe i trudno je do czegokolwiek porównać. Kłopot sprawiały nawet głowy. Wiadomo, generalnie sa okrągłe, ale... nie w tym przypadku. Tu są owalne i mają specyficznie wymodelowany tył. Zresztą, obie figury są lekko stylizowane. Mają wydłużone nogi i ręce w stosunku do korpusu i prawdziwych proporcji człowieka.

Poza tym, z obserwacji kamiennych posągów wiadomo, że starożytni Egipcjanie mieli swój sposób przedstawiania postaci władców - np. postaci stojące miały wysuniętą do przodu jedną nogę. W przypadku tych figurek pojawił się więc dylemat - czy te nogi były zestawione razem, czy w wykroku, jak to działo się znacznie później, np. w Starym Państwie. Niby drobiazg, ale bardzo ważny. Bo jeśli już w czasach wczesnodynastycznych pojawiłaby się ta wysunięta noga, to byłby to bardzo ważny sygnał dla archeologów badających historię przedstawień faraonów. Później okazało się jednak, że te figurki miały nogi ustawione razem.

Najtrudniejsze było wygładzanie pogniecionych blaszek. Fot. Robert SłabońskiPrace w muzeum prowadziliśmy cały czas pod presją czasu. Figurek mogliśmy dotykać tylko w muzealnej pracowni konserwatorskiej. Tam prace rozpoczynaliśmy dopiero o godzinie 10, a kończyć je należało o godz. 14. Czas kontaktu z zabytkiem skracał się nam zwykle do czterech czasami pięciu godzin. Wynikało to z drastycznych obostrzeń obowiązujących w muzeum. Ale i tych kilka godzin pracy, prawdziwie jubilerskiej, czuło się w kościach. Ciągle przy lupie, z pęsetą w dłoni. Ale, choć było to męczące, siedzielibyśmy dłużej. Zresztą pracować trzeba było także po powrocie do mieszkania. Przygotowywałem tam odlewy rdzenia na następny dzień. Jeszcze w pracowni robiłem model z białej plasteliny artystycznej. Ponieważ jest za miękka, żeby pracować na niej z blaszkami, w domu robiłem z niego formę gipsową i dopiero wtedy odlewałem model woskowy. Na tym ostatnim rozkładałem w Muzeum blaszki i uzupełniałem plasteliną braki korpusu, albo skrobałem wosk tam, gdzie było go za dużo. Następnego dnia czynności powtarzałem, bo potrzebny był już najświeższy model korpusu.

Na wystawę 70-lecia zdążyliśmy jednak przygotować przybliżone kształty obu figurek. Tyle że potem okazało się, że części blaszek jednak brakuje - zwłaszcza przy figurce syna władcy. Nie ma całej przedniej części klatki piersiowej, choć przed wystawą wydawało się, że jest. Po dokładniejszym zbadaniu, jakieś pół roku później, doszedłem do wniosku, że to co wziąłem za koszulkę małej figurki było elementem nogi dużej. Przed wystawą prace konserwatorskie koncentrowały się jednak na tej małej figurce. Dlatego mogła stać. Duża leżała, bo nie miała jeszcze zrobionego korpusu. Folie jednak odzyskały swoje kształt, dlatego można było je pokazać.

Praca przy tych zabytkach to niesamowita satysfakcja. Wydarzenie, które w moim życiu pewnie się już nie powtórzy. Nie mamy przecież dostępu do najcenniejszych obiektów egipskich. Zwykle możemy oglądać je tylko przez szybę. A tu miałem szansę wziąć w ręce prawdopodobnie najstarsze tak cenne znalezisko w Egipcie. Bardzo ciążyła mi świadomość, że jak coś popsuję, to przez następne pokolenia będą mnie wytykać palcami, że przyjechał taki z Polski i napsocił.

W tej chwili obie figurki mogą już stać. Są cały czas na wystawie w muzeum w Kairze. Ale duży władca nadal leży. Tak zdecydowali Egipcjanie. Stwierdzili, że pewien element anatomiczny, fallus, jest za bardzo wyolbrzymiony. Ich zdaniem, mniej jest czytelny, gdy figura leży.

Tyle opowieści. Co konserwatorzy robili z figurkami w tym roku, napiszę w jednej z następnych notek. A teraz zapraszam do oglądania slajdów z prac konserwatorskich. Zdjęcia zrobił oczywiście Robert Słaboński.

O perełkach kościanych w świńskiej codzienności

Fragmnet kości ramiennej słonia. Fot. Renata AbłamowiczAż do dziś odpuściłam jednak dr Renacie Abłamowicz dokładniejsze opowieści o pracy w Tell el-Farcha, bo od razu po powrocie musiała likwidować wystawę o winie w muzeum, w którym pracuje, a w domu ruszyć do przedświątecznego mycia okien. Umówiłyśmy się na dziś, bo co się odwlecze to nie uciecze, i udało się.

Przede wszystkim Pani Renata przysłała mi zdjęcie tej słoniowej kości ramiennej odkrytej dwa lata temu, a zidentyfikowanej dopiero podczas tegorocznego sezonu. Widać ja na zdjęciu obok. Może nie wygląda imponująco, ale pretensje trzeba mieć do starożytnych Egipcjan, którzy ją porąbali, podczas przyrządzania posiłku ze słoniowego mięsa.

- Poza tym, nie było w tym roku większych sensacji, jakichś specyficznych kości. Nie trafiło się nic, czego nie mogłabym określić sama i trzeba by to odłożyć do dalszych konsultacji - opowiada Pani Renata. - Materiał był dosyć rozdrobniony i typowy dla tego stanowiska. Codzienność ze świńskimi fragmentami. Ciekawe było jednak to, że na komie zachodnim, tam gdzie było depozyt pojawiło się wyjątkowo duże nagromadzenie kości bydlęcych. Muszę się teraz temu bliżej przyjrzeć, bo może było to związanie z jakimś kultowym składaniem ofiar z bydła w tym miejscu?

Wszystkie kości mam już określone, teraz będę je przypisywać fazom chronologicznym. Chronologie zawsze dostaję od ceramologów. Na koniec badań. To dlatego, że mają znacznie więcej materiałów do zbadania. Na koniec maja wszystko powinnam mieć gotowe. Zobaczymy czy wyjdzie nam coś ciekawego.

Dr Abłamowicz dodała, że przybyło również kości hipopotama. Mamy już około 130 fragmentów. Prawie w 95 procentach są to fragmenty kłów i siekaczy. Pozostałe to kości śródręcza, czy udowe. - Występowały na wszystkich tellach - i w warstwach, i w grobach - dodaje Pani Renata. - Znaleziska hipopotama są dosyć częste i na innych stanowiskach w Delcie Nilu. Można więc uznać, że był to dosyć popularny w tym czasie zwierz, na którego nierzadko polowano. Te polowania na hipopotamy były bardzo trudne. Zdarzało się, że ludzie ginęli podczas nich, tak jak Narmer, pierwszy faraon I Dynastii, o którym mowa jest w egipskiej tradycji. Polowania te były jednak dla ludzi bardzo opłacalne. Z jednego zwierzęcia było tyle mięsa, ile z czterech-pięciu krów lub 40-50 owiec. Na podstawie tych znalezionych w Tell el-Farcha szczątków i figurek wotywnych wykonanych z hipopotamich zębów, dochodzę do wniosku, że w Tell el-Farcha raczej na hipopotamy nie polowano, a po prostu importowano. Bo gdyby polowano, to byłoby tu dożo więcej kości dużych. A nie ma ich. Natomiast są te rzeźbione figurki i nawet malutkie naczynka. Najładniejszy cały kieł hipopotama wyszedł nam w grobie rzeźnika, czyli nr 86.

Pani Renacie nie dają spokoju jeszcze trzy kości. Zostały znalezione podczas wcześniejszych sezonów. - Są duże i nie pasują ani do żyrafy, ani słonia ani hipopotama.  Mam wrażenie, że mogą być od nosorożca, a wtedy byłaby to sensacja, bo dotąd na żadnym stanowisku w Delcie Nilu ich nie znaleziono - mówi. - To zwierz, który mógł w owych czasach tam żyć. W sprawie tych kości konsultuje się teraz z innymi specjalistami. Jest nadzieja, że uda się je określić. Zastanawiałam się też w ostateczności nad zrobieniem badań DNA, choć nie zawsze wychodzą, bo nie z każdej kości jest to możliwe. Takie rzadkie kości, to perełki wśród tych wszystkich codziennie i wszędzie znajdowanych świńskich kosteczek. Dlatego warto wyjaśnić je do końca.

A jak Pani Renacie pracowało się w Tell el-Farcha? - Idealnie. Każdy wie co ma robić, wszystko jest uporządkowane, ustalone, logistycznie wręcz idealnie rozpracowane. Dosyć upiorny był jednak dyżur z Piotrem. Dla mnie dyżur w kuchni zawsze jest stresujący. Mało że na co dzień nie jestem rewelacyjną kucharką, to jeszcze trzeba gotować dla 20 osób. Kiedy robiliśmy naleśniki, to poszły mi na nie cztery kilogramy, i jak tu do tego dodać odpowiednią ilość jajek? A kiedy chciałam być dobra i usmażyłam za Piotra cebulkę do tego ruskiego farszu, bo on sam musiał pójść na wykop, to najpierw się ucieszył, a potem nakrzyczał, że pokroiłam ją za grubo. I jak tu być dobrym? Myślałam , że przesadza, bo smażona cebula w tym farszu i tak by zniknęła, ale potem byłam niesamowicie zdumiona, bo jak pokroił boczek do tego farszu to wszystkie kosteczki były drobniutkie i równe. Byłam pełna podziwu.

Przed Świętami obiecałam jeszcze wyjaśnienie, co takiego przytrafiło się Pani Renacie w drodze powrotnej do Polski. - Nic nadzwyczajnego - stwierdziła. - Tylko przed wyjazdem złamałam klucz w zamku do pokoju w naszej stacji Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej, gdzie zatrzymaliśmy się na kilka godzin przed wylotem do Polski. Profesor Cialowicz tylko uśmiechnął się na wieść o tym i pomógł mi szukać pomocy. Znaleźliśmy szefa stacji dr. Szafrańskiego, sprowadził machera, który dosłownie w kilka sekund załatwił sprawę. Nie mam pojęcia jak to zrobił, bo akurat na moment się odwróciłam, ale poszło migiem. Najśmieszniejsze jednak jest to, że nie minęła godzina, a tu zaczęli dzwonić i sms-ować do mnie z Gazali - ci, którzy tam zostali. Radzili, żebym więcej żadnych kluczy do rąk nie brała. Ale to typowe: w naszej misji, jak tylko coś komuś się przytrafi, to natychmiast wszyscy muszą o tym wiedzieć i oczywiście skomentować. Także to, że byłam pierwsza osobą, która złamała w stacji klucz w zamku. Szczęśliwie wszystko dobrze się skończyło. Bagaże zamknięte w pokoju odzyskałam, a sama podróż była przyjemna. Tylko to sześciogodzinne oczekiwanie w Pradze na samolot do Krakowa było męczące, ale było nas sporo, bo wracała też Złota Misja, więc się nie nudziliśmy...

Teraz powinnam zakończyć i zrobię to, ale najpierw zapowiem: następna notka będzie o tajemniczej Złotej Misji.

00:35, joannagrabowska_net
Link
niedziela, 04 kwietnia 2010
Świąteczne odpoczywanie

Wielkanocna niedziela była dniem odpoczynku w Gazali. - Poszaleliśmy trochę kulinarnie i zrobiliśmy wspólnie parę fajnych rzeczy w kuchni - opowiadał mi dziś wieczorem Piotr Kołodziejczyk. - Szef zrobił bardzo dobry barszczyk, były też przywiezione z Polski wędlinki, chrzan, ćwikła, sałatki jarzynowe i oczywiście jajka. Upiekliśmy też ciasta - kilka różnych rodzajów. Wyszły bardzo dobre. Ula Stępień zrobiła bardzo dobre ciasto drożdżowe, Michał Kurzyk - mazurka, Halina Chłodnicka - ciasto migdałowe, a ja z jabłkami i orzechami. Mieliśmy też przywiezioną z Polski tradycyjną babkę. Czekała na święta w zamrażarce.

Stół gotowy. Główny gość czeka, a dr Marek Chłodnicki ocenia, czy wołać pozostałych. Fot. Piotr Kołodziejczyk

Stół gotowy. Główny gość czeka, a dr Marek Chłodnicki ocenia, czy wołać pozostałych.

A do kawy, po obiedzie, był kieliszek koniaku. Bo na wino w Gazali - i w ogóle w Egipcie - trudno liczyć. Na kolację była biała kiełbasa. Czas między posiłkami każdy wypełniał sobie, jak chciał. Większość oglądała po prostu filmy. - Wszyscy solidnie poleniuchowaliśmy i najedliśmy się, a w poniedziałek ruszamy na wykopy. Od 7 rano - podsumował świąteczne opowieści Piotr.

Coś mi się wydaje, że teraz właśnie prof. Krzysztof Ciałowicz składa wszystkim świąteczne życzenia. Fot. Piotr Kołodziejczyk

Coś mi się wydaje, że teraz właśnie prof. Krzysztof Ciałowicz składa wszystkim świąteczne życzenia.

Ciekawe, czy w lany poniedziałek baza spłynie wodą. Obowiązuje oficjalny zakaz szefa, wydany już w środę, ale... - Pewnie tradycji stanie się zadość, tyle że po południu - podejrzewa Piotr. - W końcu zakaz obowiązuje przed pracą, w czasie pracy i w pokojach.

Pora podzielić się jajkiem, bo chyba wszyscy niecierpliwie patrzą po talerzach z niecodziennymi w Gazali smakołykami. Fot. Piotr Kołodziejczyk

Pora podzielić się jajkiem, bo chyba wszyscy niecierpliwie patrzą po talerzach z niecodziennymi w Gazali smakołykami.

W poniedziałek przyjeżdża do Gazali do pracy kilka nowych osób. „Górników” już nie ma. Popatrzyli na mastabę, pomierzyli co trzeba i wyjechali w sobotę. Dalsze obliczenia będą prowadzić już w Polsce. Trudno powiedzieć, czy ostatecznie zapadnie decyzja o zaglądaniu pod jej spód, bo to kosztowna operacja. Jeśli tak się stanie, to na pewno nie nastąpi to w tym sezonie.

Można jeść. Fot. Piotr Kołodziejczyk

Ależ tam ciast wspaniałych.

Można jeść. Fot. Piotr Kołodziejczyk

Świąteczne foty zrobił Piotr Kołodziejczyk. Podoba mi się zaproszony na posiłek kurczak :). Skąd oni go wytrzasnęli?

23:53, joannagrabowska_net
Link
sobota, 03 kwietnia 2010
Akcja „Gar”, „górnicy” i czas... urodzin

Widok na kom wschodni. Fot. Piotr KołodziejczykPiątek, godzina 12.49. W bazie w Gazali poruszenie. Przyjechał szef. Akurat rozmawiałam z Piotrem Kołodziejczykiem przez telefon o zdjęciach, które mi przysłał kilka minut wcześniej. Przerywamy. Pogadamy później, bo i tak miały to być informacje do następnej, a nie tej notki. Spotkanie z szefem jest ważniejsze, bo prof. Krzysztof Ciałowicz był w Kairze. Wczoraj zawiózł na lotnisko grupę studentów i naukowców, którzy zakończyli już tegoroczne prace w Tell el-Farcha, a dziś przywiózł „górników”, czyli ludzi z Akademii Górniczo-Hutniczej. Będą potrzebni do pracy przy mastabie. Archeolodzy chcieliby wiedzieć, co jest pod nią. „Górnicy” ocenią zatem, czy można jej spód podstemplować, a jeśli tak, pomogą to zrobić. Jak więc w takiej sytuacji rozmawiać o innych sprawach? :)

Ekipa akcji

Ekipa akcji "Gar". Michał Rozwadowski (od prawej) i egipscy robotnicy.

Dziś jednak nie napiszę o mastabie, tylko o czwartkowej akcji „Gar”. Archeolodzy wydobyli go z warstwy osadniczej na komie wschodnim. Ponieważ ma około pięciu tysięcy lat, trzeba było obchodzić się z nim jak z jajkiem.

- Cały wypełniony jest ziemią, trzeba było obwiązać go elastycznymi bandażami, żeby ta ziemia w środku nie rozsadziła ścianek, po wyjęciu go z warstwy, w której tkwił - opowiadał mi Piotr Kołodziejczyk.

Nad przebiegiem akcji czuwał Michał Rozwadowski, ceramolog. - Naczynie, jak naczynie. Duże, zasobowe. Co w nim było przechowywane, trudno powiedzieć - stwierdził. - Może coś z niego wyjdzie po wyjęciu tej ziemi. Ma blisko 90 cm wysokości i 50-60 szerokości. Z ziemią ważyło dobrych kilkadziesiąt kilogramów. Trzech mężczyzn ledwo je podniosło.

Nawet cztery osoby musiały się zdrowo namęczyć podczas wkładania gara do tuk tuka. Fot. Piotr. Kołodziejczyk

Nawet cztery osoby musiały się zdrowo namęczyć podczas wkładania gara do tuk tuka.

Wynajętym tuk tukiem (takim jak z filmu Slumdog) gar został przewieziony do bazy, gdzie prawdopodobnie w sobotę będzie badane jego wnętrze. Naukowcy bali się, czy uda się im dostarczyć go do bazy w całości, ale wszystko poszło dobrze. - Został wykonany najprawdopodobniej w czasach II-III dynastii Starego Państwa - dodał pan Michał. - Ma na brzuścu wyraźne ślady omiatania miotełką z góry na dół i z dołu do góry, kiedy był już ulepiony i przygotowany do wypalenia. Innych zdobień nie ma. Zresztą są one rzadkie w tym okresie i na tego typu ceramice.

I po wszystkim - na wykopie, podobne zmagania czekały ekipe w bazie, tylko... w odwrotnej kolejności... Fot. Piotr Kołodziejczyk

I po wszystkim - na wykopie, podobne zmagania czekały ekipe w bazie, tylko... w odwrotnej kolejności...

Akcję „Gar” obfotografował Piotr Kołodziejczyk. Wygląda to wszystko bardzo... malowniczo.

A co do spraw zwyklejszych, takich codziennych to:

- Zrobiło się gorąco. Po prostu zdycham. Jest ze 35 stopni. Na wykopach pracuje się naprawdę ciężko - relacjonuje Piotr. - Dziś jest piątek więc na wykop nie idziemy, w sobotę i w niedzielę też nie, ale w poniedziałek już na pewno. Będziemy jednak pracować w bazie, bo ile można odpoczywać?

- Poza tym w piątek tradycyjnie gotuje Shadia. I również tradycyjnie - zupę z soczewicy i te egipskie gołąbki. Czasami przyrządza jeszcze taką zupę, a la szczawiowa, ale ma ona zdecydowane grono przeciwników - dodaje pan Michał. - Powodem jest bardzo nieatrakcyjny wygląd potrawy - jest zielona, gęsta i ciągnie się jak glut. Nawet smaczna, ale trzeba przełamać ten „wizualny opór”.

Na koniec o urodzinach - dziś, tzn. w piątek, obchodzi je dwoje uczestników misji: pani Magda Sobas i prof. Ciałowicz, w sobotę - Piotr Kołodziejczyk, a za tydzień - Michał Rozwadowski. Tyle że na imprezy i świętowanie jubileuszy czas mało sprzyjający. - Najpierw Wielki Piątek, potem Wielka Sobota, a jeszcze później - właściwie po urodzinach - mówi pan Michał.

Ale na życzenia wszystkiego co najlepsze zawsze jest pora, prawda?

Jutro dalsze wieści, bo sporo w Tell el-Farcha się dzieje. I mam bardzo fajne zdjęcia...

01:32, joannagrabowska_net
Link
czwartek, 01 kwietnia 2010
W świecie awarii i świńskich kosteczek

Ledwo napisałam, że lubię nasze czasy, a tu okazało się, że mają minusy. Uzależnienie od techniki zemściło się i to oczywiście w najmniej odpowiednim momencie. Padł mi komputer. Przez jakiś błąd na płycie głównej rozsypały się pliki na dysku. To diagnoza magika komputerowego, do którego wczoraj zaniosłam ten swój pechowy sprzęt natychmiast po powrocie do Polski (ale przyznaję działał przez trzy lata bez zarzutu). Magik pliki właśnie odzyskuje. Nie chcę jednak na nie bezczynnie czekać, więc odtwarzam z pamięci i z notatek to, o czym rozmawiałam jeszcze z Hiszpanii z dr Renatą Abłamowicz.

Pani Renata jest osteologiem z Muzeum Śląskiego w Katowicach. To już jej 12. sezon w Tell el-Farcha. W dniu, kiedy z nią rozmawiałam, miała akurat dyżur w kuchni. Razem z Piotrem Kołodziejczykiem. Na obiad ugotowali grzybową z suszonych podgrzybków i usmażyli naleśniki z farszem do pierogów ruskich. Poza tym trapiły ich różne awarie - najpierw nie było prądu, jak to często zdarza się w Gazali, a potem trzasnęła instalacja elektryczna w bazie. Trzeba było założyć takie elektryczne by-passy, by ominąć miejsca, w których przepaliły się kable, bo czasu na porządne naprawy nie było.

Początkowe prace - ubiegłoroczne - przy grobie 86. Fot. Robert SłabońskiW tym roku dr Abłamowicz musiała dokończyć badanie kości z grobu nr 86 (obok i niżej zamieszczam jego zdjęcia). Pisałam o nim dużo rok temu, kiedy był eksplorowany. Naukowcy znaleźli na nim kilka tysięcy kości zwierzęcych. Nie mogli się wprost doczekać, kiedy wreszcie dotrą do szczątków zmarłego. Dostali się do nich już po wyjeździe dr Abłamowicz do Polski, ale wszystkie kosteczki, na które natknęli się po drodze, skrzętnie dla niej zachowali i spakowali. Przechowali je w magazynie w Mendes - tak, jak zabytki.

- Od nich zaczęłam w tym roku pracę i cieszę się, że to już koniec - opowiadała mi kilka dni temu. - Tradycyjnie najwięcej było świńskich kosteczek. Większość w kiepskim stanie. Trzeba było je trochę pokleić, żeby zorientować się, ile tych świnek w tym grobie ostatecznie było. Szczęśliwie ówcześni mieszkańcy Farchy mieli zwyczaj składać w grobach żuchwy i szczęki. Można więc w miarę precyzyjnie określić także wiek i płeć zwierząt. Poza nimi były też dwa możdżenie, czyli rogi bydła. Ostatecznie w grobie nr 86 było jeszcze co najmniej dziesięć świnek. W zeszłym roku było ich 26. To ogromna ilość, bo były tam przecież także kości innych zwierząt. Zastanawialiśmy się oczywiście, czyj to mógł być grób. Skąd ta tak bogata stypa? Śmialiśmy się, że pewnie pochowano w nim kogoś bardzo lubianego w osadzie, albo że był to jakiś ówczesny rzeźnik... To żarty, ale faktem jest, że grób między sobą nazywaliśmy „rzeźnią”.

Poza tym cieszę się, bo wreszcie wiem, co to za kość znaleźliśmy w 2008 roku na komie centralnym. Wspólnie z profesorem Danielem Makowieckim, który bada tu głównie ryby, doszliśmy do wniosku, że mamy kość słonia. Pierwszą na tym stanowisku. Takie znaleziska są rzadkie w Delcie Nilu. To piękna kość ramienna, czyli z przedniej nogi. Znaleziona była w warstwie dolnoegipskiej. To bardzo ciekawe, że była na komie C, takim bardziej gospodarczym, a nie na komie wschodnim - z cmentarzyskiem. To wyraźnie kość pokonsumpcyjna, bo nie ma na niej żadnych śladów obróbki. Nie służyła więc jako jakieś narzędzie. Teraz czekam, czy coś podobnego znowu się pojawi. Ale na razie wychodzą nam coraz częściej kły hipopotama. Swoją drogą to także rzadkość.

Takimi dłubadełkami były odsłaniane wszystkie kosteczki z grobu nr 86. Fot Robert SłabońskiPrzez te wszystkie sezony w Tell el-Farcha przez moje ręce przeszło już około 50 tysięcy kości. Większość świnek, ale jest też trochę ryb i kości bydlęcych. Przymierzamy się do choć przybliżonego określenia liczby wszystkich zwierząt. Po ich pogłowiu będzie można oszacować, ilu mieszkańców liczyła Farcha w różnych okresach jej istnienia.

Pani Renata zaobserwowała w Tell el-Farcha, że kości zwierzęce leżące przy zmarłych, a nie pozostałe po stypie, często pochodziły od młodych zwierząt. - Zupełnie tak, jakby na tę wyprawę w zaświaty wyposażano zmarłego w najsmakowitsze kąski - mówiła. - Były to zawsze przednie części świń i czasami tylne bydlęce. Przypuszczam, że pozostałe były przedmiotem handlu wymiennego.

Pani Renata dziś wróciła do Krakowa. Dorwałam ją telefonicznie akurat na lotnisku. Miała jakiś upiorny lot i nie bardzo mogła rozmawiać. Umówiłyśmy się na jutro na godz. 11. Obiecała wtedy opowiedzieć szczegóły. Natychmiast je oczywiście tu zamieszczę.

A teraz jeszcze raz przepraszam za długie milczenie i przydługawe tłumaczenie tego milczenia, ale doszłam do wniosku, że i jedno, i drugie wszystkim się należy...

18:25, joannagrabowska_net
Link
piątek, 26 marca 2010
Tajemniczy Tell el-Murra

Widok na pole - w głębi nowe stanowiskoEkipę w Tell el-Farcha zasiliła właśnie grupa archeologów, która rozpoczęła wykopaliska na nowym stanowisku - Tell el-Murra. Nie miałam dotąd okazji napisać o tym, ale najwyższa pora nadrobić zaległości.

A informacja jest bardzo ciekawa. Stanowisko Tell el-Murra leży, podobnie jak Tell el-Farcha, w Delcie Nilu. W linii prostej położone jest około 10,5 km na wschód. Ponieważ jednak teren pocięty jest gęstą siecią kanałów, dojazd z Tell el-Farcha zabierał nawet 50 minut.

Taka codzienna strata czasu byłby nie do pomyślenia, a i „pojemność” bazy w Gazali jest ograniczona. Siedmioro Polaków z Uniwersytetu Jagiellońskiego pod wodzą dr. Mariusza Juchy, zamieszkało więc w dniach 27 lutego – 24 marTu za  chwilę rozpoczną się praceca w wynajętym domu w wiosce Abu Umran oddalonej od Tell el-Murra około kilometr. Byli to: archeolodzy: Grzegorz P ryc, Michał Wasilewski, Katarzyna Błaszczyk i Artur Buszek oraz studenci: Magdalena Kazimierczak, Natalia Małecka i Bernard Ronka. Ich dzień pracy  wyglądał podobnie jak ekipy w Gazali: przed godz. 7 ładowali na samochód sprzęt i wyjeżdżali na stanowisko. Od 10 do 10.30 mieli przerwę śniadaniową – posilali się zwykle na samochodzie. Około godz. 13.30 wracali do swojej bazy. Obiad, który zwykle przygotowywali sobie sami, jedli około 14.30. Później był czas na badanie i dokumentowanie znalezisk. W wykopaliskach pomagało im około dziesięciu miejscowych robotników. Jak się pracowało? – Pierwszego dnia padało, przez wiele następnych były upały. Zdarzały się dni, kiedy I  mamy pierwszy wykoptemperatura sięgała 35-40 st. C. Dopiero pod koniec prac

trochę się ochłodziło, ale i tak było około 24 stopni – relacjonuje dr Jucha.

Tell, czyli wzniesienie, na którym znajduje się stanowisko nie jest duży. Mierzy ok. 180 na 200 m. Wystaje na trzy-cztery metry ponad powierzchnię otaczających go pól ze zbożem, pomidorami i soczewicą. Najwyższy jest w części północnej, niższy - w południowej i zachodniej. Archeolodzy z Krakowa byli tam już w 2008 roku. – Ale z robiliśmy wtedy tylko badania powierzchniowe. Na podstawie fragmentów ceramiki, które znaleźliśmy dosłownie na powierzchni, zdecydowaliśmy się na rozpoczęcie w tym roku regularnych prac – mówi dr Jucha. – Naszym głównym celem było dokładne określenie chronologii stanowiska. To dlatego, że po rozpoznaniu sprzed dwóch lat przypuszczaliśmy, że stanowisko jest współczesne temu w Tell el-Farcha.

Tegoroczne sondażowe wykopy pokazały, że przypuszczenie było właściwe, bo Tell el-Murra była zamieszkana co najmniej w okresie 3100-2300 p.n.e., czyli w okresie wczesnodynastycznym i potem Starego Państwa. - Ale nie jest wykluczone, że także wcześniej - przynajmniej od połowy IV tysiąclecia. Mamy już pewne świadczące o tym przesłanki, ale za wcześnie mówić o szczegółach – dodaje dr Jucha. – Poza tym ta osada najwyraźniej była też dłużej zamiesz kana. W Tell el-Farcha ostatnie ślady osadnictwa pochodzą z III-IV dynastii Starego Państwa, a w Tell el-Murra – jeszcze z drugiej połowy tego okresu.

Naukowcy już teraz się cieszą, że badania Tell el-Murra dostarczą im materiału porównawczego do tego, który został znaleziony w Tell el-Farcha. Poza tym zależy im na rozpoznaniu struktury osadniczej we wschodniej części Delty Nilu w czasach formowania się państwa egipskiego. Chcą też określić relacje między poszczególnymi osadami: czy wokół Tell el-Farcha są jakieś starożytne osady o podobnym znaczeniu, czy tylko mniejsze i zależne. – Wokół jest sporo takich stanowisk, a to oznacza, że ta część Delty była w starożytności dosyć mocno zasiedlona – mówi dr Jucha.

W tym roku wykopy na Tell el-Murra sięgnęły głębokości 1,5-1,7 metra. - Odsłoniliśmy już skromne pozostałości zabudowy, choć na razie to nic imponującego, i dużo charakterystycznej ceramiki, pozwalającej na datowanie warstw. Były formy chlebowe, trochę dzbanów na piwo, a zwłaszcza wylewy tych naczyń – kończy relację dr Jucha. – Są tu jak na razie wył ącznie ślady po osadzie. Cmentarzyska nie znaleźliśmy i raczej się go nie spodziewamy. Tyle, że w archeologii już tak jest, że nigdy nie wiadomo, co się znajdzie pod ziemią. Najważniejsze, że mamy już jakiś materiał i że zaczęliśmy. Bo na pewno warto na tym stanowisku dalej pracować. Zwłaszcza, że nie dotarliśmy jeszcze do tych warstw najstarszych.

I jeszcze kilka słów o zdjęciach. Właściwie układają w taką historyjkę Śniadani, ale nie na trawie...obrazkową: * było pole, * w polu pagórek, * a na tym pagórku halfa, * przyjechali archeolodzy z robotnikami, * halfę wycięli, * i zrobili w pagórku głębokie wykopy... Autorami zdjęć są: Mariusz Jucha i Grzegorz Pryc.



 

 

 

 

 

 

 

 

 Śniadanie, ale nie na trawie... a na zdjęciu niżej - dudek, zamieszkał w archeobazie na waleta

Dudek zamieszkał w archeobazie na waleta

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

15:07, joannagrabowska_net , Dalej niż w Tell el-Farcha
Link